czwartek, 28 lutego 2013

Szkolnie.

Mój Syn poszedł do szkoły.
W poniedziałek!
Z powodu naszej przeprowadzki i ciekawej biurokracji przez pół roku siedział w domu.
I co?
I wcale nie tęskni za mamusią :(
A mamusia owszem ;)
I tak się zastanawiam po co ja mam te dzieci, jak one mnie tak bez żalu porzucają na rzecz edukacji...

I dialog z pierwszego dnia:
Ja: I jak było?
Niko: Fajnie.
Ja: A co robiłeś?
Niko: Nic.
Ja: A dzieci co robiły?
Niko: Chłopcy mnie trochę popychali, a dziewczynki mnie przytulały i pytały jak mam na imię. I ja im powiedziałem, że Luke Skywalker.



czwartek, 21 lutego 2013

Rozmyślania około przeprowadzkowe...

... czyli o tym jak Wojtuś wykazał mi, ze nie chcę więcej dzieci.
Jak ogólnie wiadomo, mam dwoje dzieci, a między nimi 9 lat przerwy.
Taka właśnie przerwa była zamierzona, a co więcej miałam w planach kiedy moje dziecko numer dwa osiągnie rozsądny wiek - około 9 lat, postarać się o kolejne.
Mój mąż jakoś nie był nigdy zachwycony moim planem, zupełnie nie rozumiem dlaczego...
Tyle tytułem wstępu.
Moja Siostra się przeprowadza, znaczy w trakcie jest, a ponieważ Wojtuś się w przeprowadzce nie sprawdza, zostałam jego opiekunką.
Rany, co to jest za dziecko... piorun kulisty ma na noc!
Ja jestem raczej przyzwyczajona do innego rodzaju dzieci...
Po pierwsze: moje dzieci stanowczo wolniej się ruszały.
Po drugie: raczej zawsze robiły to co im kazałam, czasem z rykiem ale jednak.
Po trzecie: nigdy, powtarzam nigdy nie wchodziły na na duży rower (męski) po małym rowerze i to nie dlatego, że rowerów nie było...
Sumując:
Wojtuś wchodził na rower duży po rowerze małym.
Nie zwracał uwagi na moje uwagi.
A jak go wydłubywałam spomiędzy rowerów robił co następuje:
Oskarżycielsko wyciągała w moją stronę palec wskazujący i grobowym głosem mówił: "Ała" - znaczy zraniłam go wręcz na wskroś!
Potem opadała na kolana i  informował mnie, że zrobi "bam" - czyli poniosę konsekwencje swoich niecnych poczynań.
Następnie kładł się na podłogę i zaczynał płakać...
Po 2 godzinach porzuciłam wszelkie plany o trzecim dziecku - stanowczo jestem za stara i nie nadążam.
A Wojtuś w nagrodę dostanie lizaka od mojego Męża ;)

wtorek, 19 lutego 2013

Potem...

Dziś mało tekstu, zdjęć więcej ;)
Na początek, Daniela w 1947:




I w 1950, z braćmi:




Po wojnie Daniela wyjechała do Wrocławia, mieszkała w internacie, uczyła się i pracowała.
I miała narzeczonego, o którym mówiła, że miał piękne włosy, ale był chytry wiec za niego nie wyszła.
A on jej przywoził kartofle z domu workami ;)
A potem ożenił się z jej przyjaciółką...
A Ona wyszła za mąż za mojego Dziadka, który chytry nie był...
I miała suknię z koronki i sześciometrowy welon, bo jak powiedziała jej Mama, to że nie ma matki nie znaczy, że może wyglądać jak sierota!






A tu już jakiś czas później, znów z braćmi:



I cała rodzina, mała dziewczynka z grzywką i mało zachwyconą miną to moja mamusia ;)



A tutaj dla tych wszystkich, którzy lubią wiedzieć na kogo patrzą:
Od lewej stoją: Zygmunt, Waldek (bracia mojej Babci), Daniela i Marian (moi dziadkowie) i Janka (siostra mojej Babci),
Poniżej, znów od lewej: Hela (siostra mojej Babci), Marianna i Franciszek (moi pradziadkowie), Waldek (syn Waldka), Madzia (moja Mamusia), Zośka (siostra mojej babci), Maciek (brat mojej Mamusi) i Jola (żona Waldka) z Mariolą ;)

poniedziałek, 18 lutego 2013

Herbaciany tag.

Dzisiaj będzie tag zrobiony na wymianę w Collage Caffe.
Miał być o herbacie - to i jest ;)





A ja dostałam taga od Tores - tu można zobaczyć...
A tu można zobaczyć wszystkie inne tagi ;)

czwartek, 14 lutego 2013

Walentynki...

...dzisiaj były.
My nasze walentynki oddaliśmy do użytku parę dni temu.
Kupiłam sobie buty - z okazji, a Mężowi ubranko na iPada z Cookie Monster ;)
I dostałam introwertyczne tulipany... podobno do mnie pasują.

niedziela, 10 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne.

Dzień siódmy i ostatni...
Szkoda :(
Ale było super!
Odwiedziłam nowe, ciekawe miejsca ;)
Dostałam mnóstwo przemiłych komentarzy ;)
Dziękuję!

A temat na dziś to ostatnia rzecz przed zaśnięciem.
A tym co spotyka mnie codziennie przez zaśnięciem jest dokładne udeptanie przez tę oto kotkę:



I jest to zupełnie inna kotka niż ta z notki o filcowaniu ;)
Bo ja mam dwie kotki ;)

sobota, 9 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne.

Dzień szósty: Paski.
Paski nie są dla mnie wcale trudne!
Rela stwierdziła, że jakbym miała jakiś problem to zawsze mogę włożyć jakieś jej zdjęcie... bo moja Córka kocha paski ;)
Problemu więc nie mam!
A na zdjęciu występują Rela w paski i Mila w ciąży:





I oczywiście bonus ;)
Niestety ostatni, ponieważ z nieznanych mi przyczyn na sobotę i niedzielę przypada jedna pani...





Dziękuję za wszystkie miłe komentarze.
Zauważyłam, że moja rodzina całkowicie zdominowała w ostatnim tygodniu mój blog... niniejszym ogłaszam lutowe wyzwanie fotograficzne - wyzwanie pod wezwaniem rodziny ;)

A teraz idę zwiedzać Wasze blogi, jak w tej chwili zacznę to może przed spaniem skończę ;)

piątek, 8 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne.

Dzień piąty: Miłość.
Miało być całkiem prosto...
Postanowiłam być nieznośnie sentymentalna i napisać o swoim Mężu, bo jak się kogoś zna od ponad dwudziestu lat, a jego żoną jest się piętnaście to chyba musi być miłość!
I miało być zdjęcie nasze wspólne... ale wyobraźcie sobie my nie mamy wcale normalnych zdjęć, takich jakie można upublicznić!
Na każdym wspólnym zdjęciu któreś z nas robi głupią minę!
Serio, serio!
I kiedy wszystko wskazywało na to, że pozostało mi tylko siąść i płakać... nagle mnie olśniło...
Proszę bardzo, oto największa miłość w moim domu: Tatuś i jego Córeczka:



I w bonusie pani z kalendarza - jak najbardziej wpisuje się w konwencję ;)




czwartek, 7 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne.

Dzień czwarty: Luty jest...
Może ja lepiej nie napiszę co ja o lutym sądzę...
Może ja tylko napiszę, że luty nie zalicza się do moich ulubionych miesięcy...

Ale zdecydowanie luty jest miesiącem urodzin mojego Syna ;)
Tak więc oto on - Mikołaj w londyńskim Muzeum Transportu:














W odpowiedzi na wczorajszą falę krytyki, postanowiłam się poprawić i już nigdy nie pozbawiać Was widoku pani z kalendarza.
Dlatego dziś, pani dzisiejsza:




I wczorajsza:





środa, 6 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne.

Dzień trzeci: Pomarańczowy.
Usiłuję napisać tego posta od godziny!
I nie mogę, bo zamiast się skupić to "chodzę" po Waszych blogach i oglądam... i jak już myślę, że pooglądałam wszystko to się nowe pokazuje.
I tak w kółko ;)
Więc po pierwsze: wcale nie mam wszystkiego pomarańczowego jak niektórzy kłamliwie sugerują!
Mam też czarne i... czarne ;)
A po drugie: faktycznie lubię pomarańczowy, bardzo ;)
A na zdjęciu moje okulary, czyli coś pomarańczowego, co zawsze noszę ze sobą ;)





W imieniu kotki dziękuję za wszystkie miłe słowa ;)
A pani z kalendarza dziś nie będzie, bo ona wcale nie jest pomarańczowa ;)

wtorek, 5 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie...

... dzień drugi: Zabawa.
Myślałam sobie - o jakże naiwnie - przyjedzie moja Siostra i mnie będzie uczyła filcować na mokro.
I zabawa będzie i zdjęcia na temat się zrobi...
Przyjechała, porozkładała folię i... okazało się, że taka folia to coś na czym każdy porządna kotka musi, po prostu musi poleżeć ;)
No i mamy zabawę... w filcowanie kotki.
Na sucho, kotki lubią być filcowane na sucho - to jest super zabawa!




A po zabawie należy się odpoczynek!
Bo się jednak koteczka zmęczyła, tak!



A w bonusie dzisiejsza pani z kalendarza, dla wszystkich zainteresowanych ;)





poniedziałek, 4 lutego 2013

Tygodniowe wyzwanie...

... czyli tradycyjnie jak co miesiąc ;)
W lutym takie wyzwania przede mną:


I od samego początku problem...
Bo tak myślę, że nie mam nic nowego co mogłabym pokazać.
Mąż stary, dzieci stare, ja... a przepraszam to nie o tym :P
I nic sobie nie kupiłam, bo ja w zasadzie to strasznie nie lubię zakupów!
No chyba, że książki ;)

Tak więc - dzień pierwszy: Coś nowego.
Nowy dzień, każdy go ma i każdy może z nim zrobić co chce ;)
Dzisiaj 4 lutego i ładna pani z mojego kalendarza:


piątek, 1 lutego 2013

Historie wojenne.

Dzisiaj zdjęć nie będzie, bo w czasie wojny nikt dzieciom zdjęć nie robił.
Dzisiaj będą historie wojenne.

Franciszek ożenił się z Marianną i w ten sposób Daniela zyskała macochę i nie musiała otaczać wątpliwą opieką swojego - wtedy półtorarocznego - brata.
Marianna w niczym nie przypominała macochy z bajki.
Z opowiadań mojej Babci i mojej Mamusi wnioskuję, ze miała same zalety...
Była dobra, łagodna, pracowita i kochająca.
Nigdy nie krzyczała.

Potem zaczęły się rodzić dzieci... w sumie sześcioro w tym jedne bliźnięta, ale wszyscy chłopcy umarli i zostały tylko trzy dziewczynki: Janka, Hela i Zośka.
Za każdym razem Daniela musiała iść zarejestrować urodzenie dziecka, bo najlepiej znała niemiecki, a Ojciec pracował.
Przy Zośce stwierdziła, że więcej do Niemca nie pójdzie, bo się wstydzi, bo to już przesada mieć tyle dzieci.

Generalnie wydaje mi się, że to Daniela przyczyniła się do tego, że jakoś im się w czasie tej wojny wiodło... była chyba najbardziej przystosowana ;)
Przynosiła węgiel, który zbierała na torach (wysypywał się z pociągów), nie przejmując się, że pociąg może w każdej chwili ruszyć, a Niemcy pilnujący składu mogą ją po prostu zastrzelić.

Albo historia z jajkami.
W miasteczku był dworek a we dworku mieszkał Niemiec i Niemiec hodował perliczki.
Perliczki Niemca niosły się w krzakach, więc Daniela podbierała im jajka i przynosiła do domu.
Ale ojciec kraść nie pozwalał a ponieważ jajka perliczki są nakrapiane przez cała wojnę musiał jeść jajecznicę, żeby się nie wydało...
I nie dostał od żony jajka na miękko, o którym marzył ;)

Pod koniec wojny Daniela przyniosła talerze z opuszczonego przez Niemców domu, bo u nich w domu już prawie wszystko się wytłukło.
I Ojciec kazał jej talerze odnieść, i wtedy po raz pierwszy Matka (a nawet macocha) się zbuntowała.
I kazała się mężowi uspokoić i zostawić dziecko w spokoju, bo talerze zostają!
I talerze zostały.

Bo jak zawsze mówiła moja Babcia - jej Tato był niesamowicie uczciwy i nigdy nie wziął niczego co do niego nie należało.
Ale Ona nie miała skrupułów, żeby brać od Niemców czego potrzebowała ;)

W zasadzie, jak opowiadała, w czasie wojny bała się tylko raz...
Poszczuła małego Niemca świnią, bo był gruby i potem bała się, ze przyjdzie po nią Gestapo, bo dzieciak jak uciekał to się wywrócił i zdarł sobie skórę na brzuchu.